KRÓL JÓZEF PIERWSZY

Moja babcia, nieboszczka ( świeć Panie nad Jej duszą ), zwykła przy każdej nadarzającej się okazji powtarzać: „Gdyby w trzydziestym dziewiątym żył Marszałek, to już on by się rozprawił z tymi bolszewikami”.
Gwoli ścisłości – „bolszewikami” dla babci byli wszyscy wrogowie Polski, bez wyjątku, z Hitlerem włącznie.
No cóż, łatwiej zapewne poglądy te zrozumieć biorąc pod uwagę fakt, że małżonek tej Zacnej Niewiasty, a mój dziadek był zaufanym członkiem osobistej ochrony Marszałka, wiernym do ostatnich dni.
Pomimo więc, że po wojnie, uciekając przed ubecją na Ziemie Odzyskane zatrudnił się jako motorniczy gdańskiego tramwaju, dzięki czemu moja mama mogła wpisać „robotnicze” w rubryce „pochodzenie”, zdając na studia – dorastałem w atmosferze kultu jedynego w naszej historii Naczelnika Państwa.
Nie jestem odosobniony, kult przetrwał po dziś dzień, a poglądy babci stały się wręcz jedną z wersji alternatywnej historii Polski.
Ani mnie, ani wielu moim rodakom nie zmąciły tegoż kultu próby zastąpienia cudu nad Wisłą cudami nad Oką ( jak Wisła szeroką, z cudami jeszcze szerszymi w jej okolicach ), a bitwa pod Lenino nie stała się, całe szczęście, kluczowym wydarzeniem w dziejach II Wojny Światowej.
Czterej Pancerni wrócili w końcu do domu po wiosenny bez, a postaci historyczne na swoje miejsce.
No właśnie – na swoje, czyli na jakie?
Co to za miejsce – Naczelnik Państwa?
Kim był dla Rzeczypospolitej, z punktu widzenia formalnego, Marszałek Józef Piłsudski?

W tym roku świętujemy 100-lecie odzyskania niepodległości, a główne obchody, jak zwykle, będą miały miejsce, oczywiście, 11 listopada.
No jasne, a kiedyż by indziej? Przecież to święto narodowe. Dzień Niepodległości
Trudno zaprzeczyć, ale zanim wywiesimy flagi, odśpiewamy „Jeszcze Polska…” i wybierzemy na który marsz się udać, zastanówmy się, co tak naprawdę stało się 11 listopada 1918.
Odzyskaliśmy niepodległość – proste.
No tak. Proste politycznie, proste emocjonalnie.
Tylko co to w rzeczywistości oznacza?
Przecież każde niepodległe państwo ma jakiś ustrój.
Jaki ustrój zyskała Niepodległa Rzeczpospolita tego 11 listopada?
Czym się stała, po tym jak przestała być kolonią?

Przede wszystkim, żeby coś odzyskać, najpierw trzeba to utracić.
Ustalmy więc, czym była w momencie utraty niepodległości.
Odpowiedź jest jasna.
Monarchią.
Królestwem.
Co do tego, chyba nikt nie ma najmniejszych wątpliwości.
Teoretycznie więc, w dniu odzyskania tejże utraconej niepodległości, powinna wrócić do punktu wyjścia.
Nie zburzyliśmy Bastylii ( ani żadnego innego więzienia )
Nie przeprowadziliśmy rewolucji listopadowej ( październikowa niestety odbiła nam się czkawką, pomimo że nie nasza )
Nie ucięliśmy nikomu głowy ( choć może parę głów spaść powinno )
Skąd więc nagle ta republika?
I tu znów jasną odpowiedź daje historia
Znikąd.
Nie było żadnej republiki.
Była Rada Regencyjna
A jej rolą było przywrócenie monarchii.
Bo to była naturalna kontynuacja polskiej państwowości.
Bo to był nasz dotychczasowy ustrój.
Zawsze, kiedy istnieliśmy jako niepodległy byt polityczny.

NIGDY NIE BYŁO INACZEJ.

11 listopada 1918
Rada Regencyjna przekazuje pełnię władzy nad Siłami Zbrojnymi, a więc, w rzeczywistości, pełnię władzy w ogóle, Józefowi Piłsudskiemu.
Czy nie można więc stwierdzić, że Rada wykonuje swoje zadanie?
Że na swój sposób – sposób skomplikowany i nieoczywisty, bo skomplikowana i nieoczywista jest wtedy sytuacja Polski, bo skomplikowane i nieoczywiste są przeważnie losy tego Kraju – przywraca monarchię?
Jaka jest rzeczywista różnica pomiędzy Naczelnikiem Państwa a Monarchą?
Berło?
Korona?
A może kult postaci, który potrafi przetrwać stulecie?
Może ważniejsze od insygniów są dokonania i to co w historycznym uproszczeniu często określamy jednym słowem – „WIELKOŚĆ”
Józefowi Piłsudskiemu można wiele zarzucić, ale jedno jest pewne – był Wielką Postacią w naszej historii. Wielkie postaci składają się z pozytywów i negatywów, bo są ludźmi, ale cechują się tym, że ich kult jest odporny na upływ czasu.
I taki jest właśnie kult Marszałka.
To z Nim i tylko z Nim kojarzy nam się ta data.
Pomimo, że nie miał berła ani korony.
Bo monarchia to nie bal przebierańców, to nie Royal Baby czy Royal Wedding, a konkretny ustrój, konkretna forma zarządzania państwem.
I taką formę mieliśmy, począwszy od 11 listopada 1918.
Cała reszta to tylko otoczka.
Ładna, ale niewiele znacząca.
Szczególnie dla steranego latami niewoli Państwa.
Ono wtedy potrzebowało konkretów, potrzebowało wizji jego funkcjonowania.
I taką wizję otrzymało.
Lepszą czy gorszą – nie trzeba się zgadzać z moją babcią, ale nie można podważać istnienia historycznych faktów.

Od dłuższego czasu polscy monarchiści spierają się o to czyj potomek mógłby zasiąść na tronie.
Spierają się tak gwałtownie, że poza nimi samymi nikt specjalnie tego sporu już nie pojmuje. Wettynowie mieszają się z przedstawicielami co sławniejszych polskich rodów arystokratycznych. Niechęć do Romanowów zwiększa się z każdą nową decyzją Putina, a niechęć ludzi do monarchii z każdą nową kłótnią monarchistów.
A gdyby tak uznać, że ostatnim królem Polski wcale nie był Stanisław August Poniatowski?
Tylko „Józef Pierwszy”, pewien Starszy Pan, o którym najbliżsi zwykli pieszczotliwie mówić „Dziadek”.
Może trochę lewicujący
Może trochę despota
Ale na pewno Wielki Polak, który pozostawił po sobie potomków urodzonych i wychowanych na tej ziemi

Poza tym, to był naprawdę Facet z Klasą.
A to u królów przecież najważniejsze.

 

Jacek Caba

wiceprezes Stowarzyszenia Korona Polska